Hubert Mierzwa razem z rodzicami w środę poleciał do USA. Dziś, czyli w czwartek 30 lipca, ma zostać przyjęty na oddział neurochirurgiczny szpitala w Columbus i rozpocznie kolejny etap walki o życie. - Trzymajcie kciuki, pamiętajcie w modlitwie - prosiła tuż przed wylotem rodzina
Dzięki błyskawicznie zebranym pieniądzom Hubert mógł w tym tygodniu polecieć do USA. Samo załatwianie formalności trwało wiele dni. Nikt się nie spodziewał wcześniej tylu formalności, które trzeba będzie załatwić, niezliczonej liczby dokumentów do wypełnienia. Zarówno tych państwowych jak i medycznych dla szpitala w Columbus, który przygotowywał się na leczenie i operację Huberta przysyłając sporo ankiet do wypełnienia. Do operacji w ten sposób przygotowywali się na przykład anestezjolodzy, którzy chcieli o nastolatku wiedzieć wcześniej niemalże wszystko.
Kilka dni temu rodzice Huberta napisali w mediach społecznościowych, że 29 lipca ma być wylot i następnego dnia przyjęcie do szpitala w Columbus. Wspomnieli też, że był to bardzo trudny czas. - Żeby załatwić bezpośredni lot do Columbus musieliśmy uruchomić całą machinę. W USA obecnie, ze względu na Covid-19, jest czynnych 15 lotnisk. W Columbus lotnisko jest zamknięte. Nie moglibyśmy ze względu na stan zdrowia Huberta polecieć zwykłym lotem czarterowym do Chicago czy Nowego Jorku i stamtąd do Columbus lecieć liniami wewnętrznymi. To było niemożliwe - opowiada mama Huberta Kamila. - Każdego więc, kto przyszedł nam do głowy prosiliśmy o pomoc w załatwieniu bezpośredniego lotu.
W tym czasie nieprzerwanie trwały rozmowy i załatwianie formalności ze szpitalem. W połowie miesiąca pojawiła się wstępna informacja, że wylot może być 29 lipca. Informacji tych rodzina od razu nie podawała, bo cała ta administracyjna machina okazała się być straszna. Co chwilę do Środy docierały kolejne, czasami sprzeczne dane. - Informacje zmieniały się jak w kalejdoskopie. Codziennie była inna. Trzeba było wciąż pisać, dzwonić i rozmawiać. Dodatkowym utrudnieniem w tym czasie są procedury związane z Covid-19. W USA nie ma obecnie ruchu turystycznego. Ambasada jest zamknięta - opowiada K. Mierzwa. - Do USA mamy polecieć na miesiąc. Z ambasady uzyskaliśmy informację, że nie potrzebujemy wiz, możemy lecieć na zasadach ruchu bezwizowego. W ubiegłym tygodniu okazało się, że musimy mieć wizy, bo lecimy lotem rządowym na zamknięte lotnisko, gdzie nie ma odpraw celnych.
To był czwartek. Rodzina miała zaledwie noc, by pokonać kolejną przeszkodę, wypisać wszystkie wnioski, w piątek je wysłać. Na dwa dni przed wylotem, czyli w poniedziałek, Hubert i rodzice musieli pojechać do Warszawy, by wyrobić wizy. Hubert, ponieważ ma już skończone 14 lat, musiał osobiście złożyć odcisk palców na wizę... Dla chorego chłopaka to dodatkowe obciążenie. K. Mierzwa dodaje, że choć była to całodniowa, katorżnicza podróż, to same formalności udało się na szczęście załatwić sprawnie. Do domu wrócili z wizami.
W poniedziałek rodzina otrzymała informację, że wylot ostatecznie nastąpi z Warszawy i muszą tam dojechać. Wcześniej pojawił się w rozmowach wątek, że jeśli będą dwie załogi, to może wylot będzie możliwy z Krzesin...
Na kilkadziesiąt godzin przed wylotem wszystkie formalności zostały załatwione. - Nie wiem, jak się nam to udało - mówiła K. Mierzwa. We wtorek był czas na ostatnie „szlify", wykupienie chociażby leków, które musieli zabrać ze sobą, załatwienie najważniejszych spraw zawodowo - rodzinnych, tak by nie obciążać dodatkowymi kwestiami starszej siostry Huberta, która została w Polsce. Pakować rodzina miała się w nocy... Zmęczenie potęgował stres przed podróżą i tym, co będzie działo się na miejscu.
W środę 29 lipca rano, Hubert wraz z rodzicami i siostrą, a także kilkoma przyjaciółmi wyruszyli dwoma samochodami do Warszawy. Dla chorego nastolatka druga taka podróż w ciągu dwóch dni to ogromne wyzwanie, dlatego najbliżsi starali się zapewnić jak największy komfort. O godz. 11:00 Hubert z rodzicami miał wylecieć samolotem rządowym z lotniska wojskowego w Warszawie bezpośrednio do Columbus. Przez całą drogę Hubertem opiekowało się dwóch lekarzy wojskowych i pielęgniarka. Wcześniej przeanalizowali historię choroby, znali wyniki i przez całą podróż czuwali nad nim, także nad tym, by w możliwie jak najmniejszym stopniu odczuwał niedogodności związane z lotem.
Na miejscu mają być około godziny 14:00 tamtejszego czasu. W Polsce będzie to godz. 21:00. Z lotniska zamówionym wcześniej transportem rodzina pojedzie do przyszpitalnego hotelu. Następnego dnia Hubert, o godz. 11:15, zostanie przyjęty na oddział neurochirurgii. Rozpoczną się konsultacje i badania. Po nich przyjdzie czas na konkretne decyzje i ustalenie dnia operacji.
Rodzice Huberta mieszkać będą przez cały ten czas w hotelu. Pomimo że w Polsce na kilka dni przed wylotem mieli wszyscy negatywny wynik testu na Covid-19 - tam przejść będą musieli dwutygodniową kwarantannę. Nie będą mogli korzystać z żadnych części wspólnych, w tym na przykład z pralni czy jadalni. Posiłki będą dostawać do pokoju. Wolno im jedynie będzie pójść do szpitala. W tym niełatwym czasie mogą liczyć na pomoc we wprowadzeniu w tamtejsze zasady rodziców małego Filipka, którzy są tam już od 3 miesięcy. - Rodzice z Polski pomagają sobie nawzajem, wprowadzają. Zostawiają dla „kolejnych" różne potrzebne na co dzień drobiazgi, jak czajnik czy przejściówki do kontaktów, by nie trzeba było wozić z Polski - mówi K. Mierzwa. Oni do USA zabierali kilka drobiazgów na prośbę rodziców Filipa, w tym polski chleb (z PSS Społem), za którym tak tam tęsknią.
Po operacji Hubert będzie przechodził dwutygodniową rehabilitację. Zgodnie z kosztorysem operacji, po miesiącu rodzina ma wrócić do Polski. O dalszym leczeniu zadecydują badania molekularne wyciętego guza, histopatologiczne, genetyczne. Na pewno będzie ono kosztowne. Dlatego przyjaciele Huberta nie odpuszczają i organizują kolejne licytacje na Facebooku, by Hubert wiedział, że w kolejnym etapie walki o życie ma wokół wiele wspierających go osób. A to daje siłę tak im dziś potrzebną. - Jesteśmy wszystkim bardzo wdzięczni za pomoc. Trzymajcie kciuki, myślcie o nas, pamiętajcie w modlitwie - prosiła przed wyjazdem pani Kamila.
dym