Maria Deręgowska, po 5 latach kierowania i prawie 40 latach pracy w Powiatowej Stacji Sanitarno - Epidemiologicznej w Środzie, przechodzi na emeryturę. Ostatni rok szczególnie ją doświadczył. Sanepid stał bowiem, razem z medykami, na pierwszej linii walki z koronawirusem. Z Marią Deręgowską rozmawia Zbigniew Król

 

To był najtrudniejszy rok w całej pani karierze zawodowej?
Na pewno. Po raz pierwszy spotkaliśmy się z takim wrogiem, a walka trwała nie kilka miesięcy, lecz trwa już rok i nie widać końca. Musieliśmy wroga poznać i zupełnie przestawić się w naszej pracy. Na początku mieliśmy mało informacji, organizowaliśmy się, ale także staraliśmy dostosować mentalnie i doposażyć w konieczny sprzęt.
Nasza stacja musiała przejść w tempie ekspresowym reorganizację. W sumie w średzkim PSSE jest 22,2 etatu. Zadań bieżących jest mnóstwo, gdyby tylko wymienić kilka zadań kontrolnych dotyczących chorób zakaźnych, higieny pracy, higieny komunalnej, czyli na przykład kontroli jakości wody, kontrole bezpieczeństwa żywności, profilaktyka zdrowotna, odbiory sanitarne, nadzór nad szkołami, przedszkolami i żłobkami w obszarze higieny sanitarnej...
Natomiast, kiedy zaczynała się pandemia, w dziale epidemicznym pracowały tylko dwie osoby. I nagle wszystko związane z koronawirusem spadło na nich. To oni mieli do dyspozycji telefony alarmowe i zetknęli się z pierwszą falą pytań i próśb o pomoc. Był początek marca i zrozumieliśmy, że jedna osoba może telefon alarmowy mieć co najwyżej przez dobę i trzeba ją zmieniać. Przy telefonie zaczęli pracować wszyscy pracownicy nadzoru, to w sumie razem ze mną 15 osób. Wszyscy musieliśmy się doszkolić.
Potem sytuacja trochę się poprawiła, bo było coraz więcej informacji, dobrze działała strona rządowa w internecie. Ale ogrom pracy był i tak przeogromny. Pracownicy wracali do domów, do swoich rodzin, a tak naprawdę zostawali z całym bagażem zadań. Któregoś dnia jedna z pracownic rozpłakała się mówiąc, że dłużej tak nie da rady.

Trudno się dziwić. W zasadzie wszystkie procedury musiały przejść przez sanepid...
Tak. Dopiero we wrześniu rząd zdecydował, że lekarze rodzinni będą mogli wystawiać skierowania na testy dotyczące Covid-19. Wcześniej decydował o tym powiatowy inspektor sanitarny, a przecież w Wielkopolsce więcej niż połowa powiatowych inspektorów nie jest lekarzami. Można sobie więc wyobrazić, jak wiele było niepewności i nerwów. Dziś sytuacja wygląda zupełnie inaczej, choć nie oznacza to, że mamy mniej pracy.

Załoga trzymała się dzielnie?
Muszę podkreślić, że moi pracownicy spisywali się znakomicie. Czasami słyszałam, jak rozmawiali przez telefon z ludźmi, zawsze byli bardzo kompetentni, potrafili pocieszać, a także znosić uwagi wiecznie niezadowolonych. Nawet ich zachęcałam, aby w szczególnych przypadkach, kiedy rozmowa do niczego nie prowadzi, a jedynie blokuje telefon, po prostu rozłączać się.
Presja była ogromna. Wiadomo, że w niektórych powiatach sytuacja była cięższa i my także musieliśmy oddelegować pracownika do Ostrzeszowa.

Pani spotkała się z wrogiem twarzą w twarz, bo przechorowała Covid-19. Jak trudne było do doświadczenie?
Lubię przewidywać, więc jak zaczęła się epidemia, zapakowałam małą walizkę z najbardziej potrzebnymi rzeczami do szpitala. Potem już o tym nie myślałam, nie było czasu, bo zadań było całe mnóstwo. Nie miałam czasu zastanawiać się, a raczej starałam się, aby załoga nie upadła na duchu.
W moim przypadku zaczęło się od silnego bólu głowy. Było to w październiku, kiedy pracy było bardzo dużo, mieliśmy wiele przypadków zakażeń w szkołach, było coraz więcej hospitalizacji i zgonów. W piątek zrobiłam test i następnego dnia dowiedziałam się, że mam pozytywny wynik. Byłam już wtedy bardzo przemęczona.
Wynik pozytywny spowodował, że prawie wszyscy pracownicy średzkiej Powiatowej Stacji Sanitarno - Epidemiologicznej udali się na kwarantannę i stacja zaczęła działać głównie zdalnie. Na początku jeszcze starałam się mieć wszystko pod kontrolą, ale potem mój stan zaczął się pogarszać.
Miałam wysoką temperaturę, do 40 st. C., potem przyszedł kaszel i nie mogłam mówić ani wziąć oddechu. Przez 11 dni byłam pod opieką lekarza rodzinnego, skończył się jeden antybiotyk, potem zaczęłam drugi. Ale poprawy nie było i lekarz rodzinny powiedział mi, że muszę pójść do szpitala, bo boi się o mnie. Ja też miałam już coraz gorsze myślenie i doszło do mnie, że mogę umrzeć.
W szpitalu dostałam tlen, a wkrótce okazało się, że mam covidowe zapalenie płuc.

Walizka przydała się...
Zanim przyjechała karetka zdążyłam raz jeszcze przygotować rzeczy, a także sama ze sobą przeprowadziłam wywiad. Na kartce napisałam swoje dane, dane mojej siostry z telefonem do kontaktu, datę zachorowania, przebieg choroby oraz jakie biorę i brałam leki. Leki wzięłam ze sobą, razem z wynikiem badania i skierowaniem do szpitala od lekarza rodzinnego. W szpitalu bardzo ucieszyli się, że wywiad był już gotowy.
Dziś jestem przekonana, że lekarz rodzinny kierując mnie do szpitala uratował mi życie.

Ponoć w szpitalu żartowali, że szefowa sanepidu wpadła na kontrolę. W szpitalu było ciężko?
Dostałam odpowiednie leki i po kilku dniach temperatura zaczęła spadać. Byłam pacjentem, który mógł samodzielnie wstawać z łóżka. Takich pacjentów nie było wielu.
Przy mnie ludzie umierali. Były nieprzespane noce, krzyki ludzi, którzy bali się, nie wiedzieli, gdzie są (mieli tzw. mgłę covidową), źle się czuli, fizycznie byli bardzo słabi. Zdarzało się, że pacjent nie chciał słuchać personelu. Zdejmował maskę z tlenem. Ktoś się przewrócił, ktoś spadł z łóżka. To było traumatyczne przeżycie.
Wszystkim, którzy nie wierzą w koronawirusa chciałabym zadedykować wizytę na oddziale covidowym, by mogli zobaczyć jako obserwatorzy, co tam się dzieje...
Miałam na szczęście wsparcie swoich bliskich i mojej załogi. Dzwonili i dopytywali, choć ja miałam straszny problem z mówieniem.
Chcę też powiedzieć, że bardzo dobrą robotę wykonują pracownicy naszego szpitala. Dziękuję im bardzo za opiekę i za to, że mnie wyciągnęli z tej choroby. Przecież wcześniej ten personel w większości nie pracował na oddziale zakaźnym, tak więc każdy pracownik oddziału covidowego musiał sam zapanować nad własnym, naturalnym lękiem. A potem pracować w niewygodnym stroju ochronnym z ciężko chorymi pacjentami.

Sanepid bez pani jakoś sobie poradził?
Tydzień przed tym jak zachorowałam, powiedziałam moim pracownikom, że służbowe laptopy muszą po pracy zabierać do domu, a komputery domowe, bo wówczas jeszcze nie wszyscy mieli komputery służbowe, wyposażyć w zakodowany dostęp. Miałam świadomość, że może przyjść dzień, w którym po prostu nie przyjdziemy do pracy z powodu kwarantanny, bo ktoś z nas zachoruje. Byliśmy więc jako stacja w miarę przygotowani. Kiedy więc ja zachorowałam, a załoga trafiła na kwarantannę, praca mogła toczyć się dalej. Stacja była otwarta, obsługiwał ją pracownik, który nie miał ze mną kontaktu. Ten stan trwał tydzień roboczy.

Po roku od początku pandemii to inny sanepid?
Zupełnie inny. Wszyscy pracownicy dokładnie wiedzą o co chodzi, sprawnie się komunikują. Z centrali GIS dostaliśmy 16 służbowych laptopów, mamy dodatkowe telefony komórkowe. Prezes MPECWiK Jan Buczkowski zdecydował o bardzo ważnej dla nas darowiźnie za 20 tys. zł i zakupiliśmy router do pracy zdalnej, drukarkę laserową, centralę telefoniczną, lodówkę, kserokopiarkę, rolety do niektórych pomieszczeń biurowych. Wcześniej, w marcu 2020 r. radni z PiS przekazali nam UPS podtrzymujący zasilanie elektryczne w lodówkach ze szczepionkami do szczepień obowiązkowych. Od kilku lat szczepionki, które przechowujemy, mające sporą wartość materialną, są dodatkowo ubezpieczone.
W tym trudnym czasie ważna była dla nas pomoc ze strony różnych instytucji, także ze strony wojska z 6. Batalionu Chemicznego Sił Powietrznych ze Śremu, który oddał nam do pracy żołnierzy. Także władz samorządowych oraz służb mundurowych.
Przy tej okazji chcę też podziękować naszym mediom, bo w tym trudnym czasie stały się naszym przyczółkiem w walce z pandemią.

Kiedy to wszystko się skończy? Pytam o Covid-19.
Tego nie wie nikt. Dlatego trzeba się szczepić. To nic, że po szczepieniu czasem źle się czujemy. Ja też się czułam źle, bolała mnie ręka, miałam gorączkę, ale po dwóch dniach nastąpiła całkowita poprawa zdrowia. Zawsze powtarzam, że szczepionka to dodatkowe koło ratunkowe w walce z pandemią. Warto z niego skorzystać.

Nie żal pani odchodzić ze stacji?
Nie. Myślę, że swoje przepracowałam, a mam ciągle wiele planów życiowych. Nigdy nie myślałam, że uczestniczę w większej sprawie, ale robiłam co do mnie należy. Chyba zawsze byłam do zadań trochę trudniejszych, bo miałam dobre pomysły, zapał, a może nie było nikogo chętnego, kto by się tym zajął. To dało mi praktykę i umiejętność radzenia sobie z problemami. W pracy liczył się jednak zespół pracowników i to co przez tyle lat robiłam, zawsze robiłam wspólnie z moją załogą.

Maria Deręgowska
Średzianka od urodzenia. Absolwentka Liceum Ogólnokształcącego w Środzie oraz biologii na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, a następnie specjalizacji w zakresie higieny i epidemiologii na Wydziale Zdrowia i Opieki Społecznej w Poznaniu oraz Podyplomowego Studium Zarządzania w Opiece Zdrowotnej na Akademii Medycznej i Akademii Ekonomicznej w Poznaniu.
Pracę zawodową zaczynała w 1981 roku w Instytucie Dendrologii PAN w Kórniku. W 1982 roku rozpoczęła pracę w Powiatowej Stacji Sanitarno - Epidemiologicznej w Środzie (w latach 1982 - 1984 była także zatrudniona w średzkim LO jako nauczyciel biologii).
W średzkim sanepidzie była młodszym asystentem, asystentem w Oddziale Higieny Komunalnej, kierownikiem Oddziału Epidemiologii, głównym specjalistą ds. systemu jakości. W latach 2003 - 2016 była zastępcą dyrektora PSSE w Środzie, a od 1 marca 2016 do 23 lutego 2021 - dyrektorem średzkiego PSSE.
Miłośniczka książek, komputera, muzyki, turystyki, sportu (pływanie, rower, nordic walking)