Aleksander Suchowiecki, były już prezes Stowarzyszenia Polaków Obwodu Akmolińskiego Republiki Kazachstanu, mieszka od kilku miesięcy w ośrodku Rodak w Środzie. Już niedługo wyjedzie i wraz z małżonką zamieszkają w innym mieście w Polsce. Przez kilkanaście lat angażował się on w Kazachstanie w życie Polonii, teraz bardziej będzie się starać skupić na swojej rodzinie
Aleksander Suchowiecki po raz pierwszy przyjechał do Środy w 2018 roku na zaproszenie sekretarza powiatu Bartosza Wielińskiego. Był ciekaw, jak działa ośrodek repatriacyjny w naszym mieście. Ocenił go na tyle pozytywnie, że kiedy jakiś czas potem Środa ubiegła się o nową umowę na prowadzenie ośrodka, pojechał do Warszawy, by wspierać średzką ofertę.
28 sierpnia 2020 roku wraz z grupą 85 innych repatriantów przyleciał samolotem LOT-u na lotnisko Poznań Ławica i tam przemawiał w imieniu całej grupy, dziękując że Polska przyjmuje potomków wysiedleńców. W ubiegłym tygodniu rozmawiał z nim Zbigniew Król

Zbigniew Król - Świetnie mówi pan po polsku. Jak to możliwe? Czy w domu także rozmawialiście w języku ojczystym?
Aleksander Suchowiecki - Moi rodzice nie mówią po polsku, są rosyjskojęzyczni, ale zawsze czuli się Polakami. Ja sam zacząłem uczyć się od zera w 2006 roku. Korzystałem z nauki organizowanej w Kazachstanie przez Ośrodek Rozwoju Polskiej Edukacji za Granicą, który wysyła nauczycieli z Polski do Kazachstanu od 25 lat.
Język polski zawsze miałem we krwi, czuliśmy się Polakami, katolikami, wiedzieliśmy, że inaczej niż prawosławni robimy znak krzyża, a Boże Narodzenie przypada u nas wcześniej. Na Boże Narodzenie spotykaliśmy się zresztą w domu dziadków i składaliśmy sobie życzenia.
Język polski wspominałem z domu moich dziadków, którzy jako dzieci zostali wywiezieni do Kazachstanu. W 1936 roku, w chwili wywózki dziadek miał 12 lat, a babcia 6. Dziadek był z Pisarówki, a babcia z Zielonej z odwodu Chmielnickiego, na dzisiejszej zachodniej Ukrainie. W grudniu ubiegłego roku udało mi się wraz z żoną odwiedzić rodzinne miejscowości moich i jej dziadków. Było to niezwykłe przeżycie.

Jak to się udało?
Kilka lat temu zaprzyjaźniliśmy się z redaktor Grażyną Orłowską-Sondej z ekipą ze Studia Wschód i TVP we Wrocławiu. Organizują oni sprzątanie polskich grobów, głównie na Kresach. Akcję „Mogiłę pradziada ocal od zapomnienia" prowadziliśmy także razem z nimi w Kazachstanie.
Kiedy wraz z żoną przyjechaliśmy do ośrodka w Środzie, pani redaktor przyjechała do nas i zrobiła reportaż, a potem zaproponowała, abyśmy pojechali z nimi odwiedzić właśnie miejscowości naszych dziadków. Udało się ten plan zrealizować na początku grudnia ubiegłego roku, dokładnie w mikołajki, za co jesteśmy bardzo wdzięczni.
Odwiedziliśmy Pisarówkę, Zieloną, a także Kaletyńce, skąd pochodziła i została wywieziona w 1936 roku prababcia mojej żony.
Rozmawialiśmy tam ze starszymi osobami, szukaliśmy cmentarzy. W Pisarówce nie ma już cmentarza, w Zielonej jest, ale zniszczony i zarośnięty. W Kaletyńce są jeszcze nagrobki i znaleźliśmy tam grób dziewczynki, która zmarła w 1917 roku i miała takie same nazwisko jak prababcia żony.
Prababcia żony w Kazachstanie często siadywała przed domem, wspominała swoją rodzinną miejscowość, płakała, tęskniła i opowiadała o niej wnukom i prawnukom. Kiedy w grudniu byliśmy w Kaletyńce moja żona świetnie orientowała się w topografii miejscowości, bo znała ją z opowieści prababci. Wiedziała, gdzie jest rzeczka, mostek...

A pańscy dziadkowie i pradziadkowie opowiadali o swoich rodzinnych miejscowościach i o tym, co ich spotkało w 1936 roku?
Tak. Mówili, że są z Polski, że zostali zesłani, choć nie potrafili powiedzieć, za co. Opowiadali, że ich rodziny miały swoje gospodarstwa i dobrze się im wiodło. Ale nie nastawiali nas przeciwko Rosjanom i ZSRR.
Pierwsza fala deportacji miała miejsce w 1936 roku. W czerwcu do Tajynszy w północnym Kazachstanie, która była ostatnią stacją, przyjechał pierwszy pociąg. Ta pierwsza wywózka była jeszcze w miarę łagodna. Polacy zostali o niej powiadomieni z wyprzedzeniem, mieli czas, aby się spakować, mogli zabrać więcej swojego dobytku, a nawet krowę.
Moi dziadkowie zostali wywiezieni jesienią tamtego roku. Była to druga wywózka, która odbywała się już z dnia na dzień, mogli zabrać tylko podstawowy bagaż, tyle ile unieśli. Na miejsce jechali bydlęcymi wagonami około miesiąca. W wagonach było zimno, brakowało wody, swoje potrzeby też było trzeba załatwiać w wagonach, w których nie było oczywiście żadnych toalet. Wielu ludzi umierało. Szacuje się, że transportu nie przeżyło nawet 25 procent przewożonych. Zwłoki zostawiano na stacjach, nie było czasu, aby je pochować...
Jak opowiadali dziadkowie, z Tajynszy wszystkich rozwożono na step. W polu były ustalone toczki, czyli punkty, po prostu kij wbity w ziemię. Każdy taki punkt miał swój numer i tam powstawały miejscowości. W północnym Kazachstanie jest problem z wodą. Jeśli więc niedaleko miejscowości była rzeczka lub jezioro, albo las, mieszkańcy mogli mówić o dużym szczęściu.

Do jakich miejscowości trafili dziadkowie?
Do Siepnoje. Mieli szczęście, bo była tam już wykopana studnia. Dziadek od strony mamy trafił do Oziornoje.

Jak wyglądały te pierwsze miesiące w Kazachstanie?
Na początku stawiali namioty. Potem kopali dziury w ziemi i nakrywali je, budując w taki sposób ziemianki. Tam spędzili bardzo ciężką pierwszą zimę. Warto pamiętać, że zimy w Kazachstanie są bardzo śnieżne i mroźne, a temperatura dochodzi do minus 40 st. C. Polacy nie byli przygotowani do takich warunków. Wielu z nich umierało.
Potem wytwarzali już cegły ze słomy, gliny i obornika, tzw. saman i z nich budowali domy. Wykopywali też dziury w ziemi i dopiero stawiali ściany. Pamiętam, że do domu prababci prowadziły trzy schody w dół, a okna były na poziomie ziemi. Podłoga też nie była drewniana, ale z ziemi i gliny, a wnętrze było bardzo ciemne.

Z czego żyli wysiedleńcy z Polski?
Od razu tworzono tam kołchozy. Pracowali więc właśnie tam, ale nie otrzymywali żadnych pieniędzy, a jedynie odkreślano ich dni pracy kreskami w zeszycie i za to dostawiali produkty. Pracowali więc głównie za jedzenie. Przez wiele lat nie mogli opuszczać granic swoich wsi bez zezwolenia komendanta. Zmieniło się to dopiero po śmierci Stalina.

Kazachstan stał się miejscem zsyłki nie tylko dla Polaków. Czy zdarzały się spory między przedstawicielami różnych narodów?
Dziś szacuje się, że w Kazachstanie mieszka nawet 130 narodów. Jest więc to rzeczywiście wielki konglomerat ludzi z różnych rejonów.
Polacy jako pierwsi byli wywożeni do Kazachstanu. Po dwóch latach trafiali tam Koreańczycy z dalekiego Chabarowska, potem Niemcy, Czeczeni i inni. Ludzie pomagali sobie, doświadczali tego samego ciężkiego losu. Wszyscy wiedzieli, że bez pomocy nie uda się przetrwać, wspólnie dzielili los i nie szukali konfliktów.
Po śmierci Stalina, kiedy wszyscy dostawali dokumenty, wreszcie było można zacząć się przemieszczać. Niedługo potem wyjechali Czeczeni, ale przyjechali Białorusini, Ukraińcy, którzy byli ściągani do orania pól.
W latach 90. ubiegłego wieku wyjechali prawie wszyscy Niemcy. Niemiecki rząd zorganizował transporty i w ciągu pięciu lat wyjechało do Niemiec nawet kilkaset tysięcy ludzi pochodzenia niemieckiego. W mojej rodzinnej wiosce Komsomolskoje było 120 domów, około 400 mieszkańców. Był tam jeden dom Kazachów, 3 Białorusinów, 1-2 Ukraińców, 5 Koreańczyków, a reszta pół na pół Polaków i Niemców. I ci Niemcy wyjechali wszyscy.

Jak dużo mieszka nadal w Kazachstanie Polaków i jakich regionach?
Można powiedzieć, że Tajynsza i Kokczetaw to polskie serce w Kazachstanie. Tam ciągle mieszka bardzo wielu Polaków. Według danych rządowych z 2014 roku polską narodowość zadeklarowały 32 tys. ludzi. W samej Tajynszy i okolicach mieszka 12 tys. Polaków, w Kokczetaw 2,2 tys. Ale ludzi polskiego pochodzenia można szacować w całym Kazachstanie nawet na niespełna 100 tys.

Kiedy pomyśleliście, aby przyjechać do Polski?
W 2008 roku, choć ta chęć była zapewne już wcześniej, ale wahaliśmy się, mieliśmy wiele obaw jak sobie poradzimy. W 2007 roku po raz pierwszy przyjechaliśmy do Polski. Byliśmy w Warszawie i Wrocławiu, na kongresie organizacji katolickiej. I nabraliśmy przekonania, że chcemy tutaj żyć.
W ciągu kolejnych lat do Polski przyjeżdżaliśmy regularnie, raz w roku, raz na dwa lata. Byliśmy zdeterminowani, aby nauczyć się języka. Potem do Polski przyjechały nasze córki i zaczęły się tutaj uczyć.
W 2008 roku zostałem prezesem Stowarzyszenia Polaków Obwodu Akmolińskiego. Z żoną i nauczycielem języka polskiego Janem Wielgosiem, który obecnie mieszka pod Katowicami, założyliśmy zespół folklorystyczny, zajmowaliśmy się organizacją nauki języka polskiego dla dzieci i dorosłych. Ale staraliśmy się także organizować pomoc dla Polaków, pomagać w wypełnianiu wniosków i dokumentów repatriacyjnych, czy też pomagać materialnie potrzebującym, na przykład po powodzi, w której ucierpiały m.in. 42 polskie rodziny w Kazachstanie.

Repatriacja to trudny proces. Ale chyba nie wyglądał on tak, jakby tego oczekiwali Polacy z Kazachstanu?
Początek repatriacji miał miejsce na początku lat 90. ubiegłego wieku. Ludzie próbowali wyjeżdżać do Polski na różne sposoby, na zaproszenia rodzin, krewnych, organizacji. Ale ciężko było dostać polskie obywatelstwo.
Ustawa repatriacyjna weszła w życie w 2001 roku. W tym czasie nastąpiło odrodzenie dążeń do powrotu do Polski. Do Kazachstanu przyjeżdżało wielu polskich polityków, dyplomatów, mówili, że mamy się szykować, bo nas niedługo zabiorą. Przyjeżdżało wielu nauczycieli i uczyli języka polskiego.
Ale w tamtym czasie repatriacja była na barkach samorządów, a gminy niechętnie przyjmowały repatriantów, bo nie miały na to środków. W ciągu 15 lat wyjechało z Kazachstanu około 4,5 tys. Polaków. Wnioski złożyło o wiele więcej.
Z czasem zaproszeń było coraz mniej, entuzjazm opadał, spadało też zaufanie. Czuliśmy, że nie jesteśmy w Polsce potrzebni, nikt tam na nas nie czeka. Dlatego tak wielu Polaków wybierało inną drogę poprawiania sobie życia i wyjeżdżało do Rosji. Najwięcej w rejon Omska, Jekaterynburga, Tomska, Nowosybirska. Rodziny wysyłały swoje dzieci na studia do Rosji. Rosja przyjmowała bez problemów mieszkańców byłych republik poradzieckich i oferowała im pomoc.
To wszystko spowodowało osłabienie dążeń repatriacyjnych do Polski. Wiele zmieniło się po roku 2016. W 2016 pierwsza grupa repatriantów na zaproszenie premier Beaty Szydło przyjechała do ośrodka powstałego w Pułtusku. Nowelizacja ustawy repatriacyjnej nastąpiła w 2017 roku i dopiero na jej podstawie to państwo wzięło na siebie koszty zapraszania repatriantów. Przez ostatnie cztery lata do Polski przyjechało około 2,5 Polaków z Kazachstanu.
To znów uruchomiło w Kazachstanie zainteresowanie Polską. Od 2017 roku mieliśmy gwałtowny wzrost chętnych do nauki języka polskiego. W Kokszetau wcześniej było około 50 chętnych, a tu nagle 150 - 200 osób. Nie byliśmy w stanie fizycznie ich wszystkich przyjąć. Oprócz nauczycieli z Polski pomagali księżą, siostry zakonne.

Ile osób czeka na przyjazd do Polski?
Trudno mi dokładnie powiedzieć. Z mojej wiedzy wynika, że na rozpatrzenie wniosków czeka obecnie 4,5 - 5 tys. ludzi, a kolejnych 2,5 tys. zamierza wnioski dopiero złożyć.

Będzie jeszcze czas na działalność polonijną?
Na pewno będę starać się ją wspierać. Z żoną mamy bardzo bogate doświadczenie. Ale na pewno też musimy teraz skupić się na swoim życiu, znaleźć dom, pracę, zdobyć stabilizację.

Czym chcecie się zajmować w Polsce?
Mam wyższe wykształcenie informatyczne i prawnicze. W Polsce odbyłem też szkolenie w montażu instalacji LPG do samochodów. Potem już w Kazachstanie, w Kokczetaw, miałem firmę, która montowała właśnie polskie instalacje gazowe w samochodach. Mieliśmy dobrą renomę, mówiło się nawet, że jak chcesz mieć dobrze zrobione, to jedź do Polaka.
Moja żona jest filologiem rosyjskim. Zajmowała się oświatą, była organizatorem festiwalu polonijnego, językowych kolonii dla dzieci i młodzieży. Mamy pomysły, co robić w Polsce, zobaczymy co uda nam się zrealizować.

W Polsce mieszkają już wasze dzieci...
Tak. Starsza 25-letnia córka mieszka w Warszawie, młodsza 22-letnia studiuje grafikę w Toruniu. Pierwsza w Polsce jest już od 8 lat, młodsza od 5. Córki są dla nas bardzo ważne. Baliśmy się, że możemy stracić z nimi więź, więc tym bardziej ciągnęło nas do Polski.

Od sierpnia przebywa pan z żoną Milą w Środzie. Niedługo wyjedziecie i zaczniecie żyć w innym miejscu. Jak pan ocenia ośrodek dla repatriantów w Środzie?
Jestem bardzo wdzięczny sekretarzowi powiatu Bartoszowi Wielińskiemu, który w 2018 roku zaprosił mnie do Środy. Odbywał się wtedy Światowy Zjazd Polonii w Warszawie. Reprezentowałem Kazachstan. Mówiło się wówczas o Środzie, pojawiały się różne plotki, mówiono u nas, że to prywatna inicjatywa. Było sporo nieufności.
Przyjechałem do Środy, aby przekonać się jak tutaj wszystko działa. Spotkałem w ośrodku rodzinę z Kokczetawu, naszych aktywistów. Okazało się, że wszystko działa bardzo dobrze, środowisko jest bardzo przyjazne i otwarte, urzędy są bardzo dobrze przygotowane, a urzędnicy są serdeczni i życzliwi. I, co najważniejsze, mają wiedzę, jak nam pomóc.
Ośrodki dla repatriantów to bardzo dobra rzecz. Bo nawet, jak wydaje nam się, że jesteśmy bardzo dobrze przygotowani, znamy język, mamy odpowiednie podejście mentalne, to i tak na miejscu okazuje się, że jesteśmy rzuceni na głęboką wodę w zupełnie innym środowisku. Ośrodek daje nam na początku poczucie bezpieczeństwa i pozwala stopniowo wchodzić w nowe środowisko.
O tym, jaką pracę wykonuje Środa i jak dobrze jest oceniana przez repatriantów świadczy najlepiej fakt, jak wielu z nich decyduje się tutaj zostać. Widzimy je jako przyjazne miasto, z którym warto wiązać przyszłość swoją i swoich dzieci.