27 sierpnia średzianin Jędrzej Józefowicz wszedł na Plac Świętego Piotra w Rzymie i zakończył swoją niezwykłą podróż pieszą ze Środy. Przeszedł 1933 km. 22-letni student dziennikarstwa opowiada o wyprawie w rozmowie ze Zbigniewem Królem

Zbigniew Król - Co poczułeś wchodząc na Plac Świętego Piotra w Rzymie po niespełna dwóch miesiącach wędrówki ze Środy?
Jędrzej Józefowicz - Tak naprawdę wielkie emocje przeżyłem chwilę wcześniej. Aplikacja poprowadziła mnie przez wniesienie Monte Mario [najwyższy punkt widokowy Rzymu, 139 m n.p.m. - red.]. Z niego zobaczyłem Rzym, kopułę Bazyliki Św. Piotra i naprawdę wzruszyłem się. Byłem tam sam i była to dla mnie niezwykła chwila.
Z Monte Mario ruszyłem żwawo prostą drogą na Plac Świętego Piotra. Tam spotkałem się z Romanem Deikslerem i Michałem Mikołajczakiem, którzy już czekali na minie. Dołączyli też inni średzianie. Pomyślałem - no to jestem.

A spotkanie z papieżem? Jak do niego doszło?
Przed podróżą wysłałem list do Watykanu. Zainspirował mnie pewien człowiek, który wysyła listy do głów państw i na swojej stronie umieszcza wszystkie adresy. Pomyślałem, że napiszę do papieża o mojej wędrówce, o tym, że szedłem już wcześniej do Santiago de Compostela, że mój dziadek w dniu wejścia do Rzymu kończy 80 lat. I że babcia w lipcu też skończyła 80 lat. Napisałem też świadectwo wiary.
Po dwóch miesiącach przyszedł list z Watykanu, a w nim błogosławieństwo dla mnie na drogę i dla mojej rodziny. Ucieszyłem się i nie liczyłem na nic więcej.
Ale jeszcze przed rozpoczęciem wyprawy na Facebooku napisał do mnie Michał Mikołajczak. Spotkaliśmy się na Starym Rynku w Środzie, pogadaliśmy i zapytał mnie, czy próbowałem coś zrobić, aby spotkać się z papieżem. Zaproponował pomoc.
Byłem szczęśliwy, że ktoś bezinteresownie chce mi pomóc, ale nie nastawiałem się na takie wyjątkowe spotkanie. 27 sierpnia przed południem, kiedy byłem jeszcze w drodze, Michał zadzwonił i powiedział, że będę miał okazję spotkać papieża na audiencji. To był najszybszy odcinek mojej trasy, nogi niosły mnie same i w ogóle nie pamiętam tych kilku kilometrów.

Jak wyglądało samo spotkanie z papieżem?
Siedziałem w pierwszym rzędzie, obok po jednej i drugiej stronie byli inni ludzie. Największe emocje przeżyłem, jak papież podszedł do małżeństwa obok mnie. Miałem w głowie ułożone, co chcę powiedzieć i nagle wszystko zapomniałem. Kiedy jednak podszedł do mnie, uścisnął moją dłoń, uspokoiłem się i porozmawialiśmy po hiszpańsku. Przygotowałem sobie wcześniej kilka zdań. Papież patrzył na mnie i słuchał. Oczywiście poruszyło mnie błogosławieństwo, ale też pytanie. Papież powiedział do mnie: Jak długo szedłeś?. Papież zrozumiał więc mój hiszpański, którego nie umiem przecież i był zainteresowany moją pielgrzymką.

Przeszedłeś w sumie 1933 km. Jak wytrzymały wyprawę twoje nogi?
Nie było łatwo. Najgorzej było w Polsce, Czechach i Niemczech. Nie szedłem wówczas żadnym szlakiem, ale zwykle po asfaltowych drogach. Temperatura była bardzo wysoka, codziennie pojawiały się nowe pęcherze i odciski. Stopy piekły mnie i po zakończonym dniu zawsze starałem się je chłodzić, jak tylko mogłem. Pod tym względem łatwiej było we Włoszech, po wejściu na szlak Via Francigena, gdzie droga był kamienista, piaskowa, leśna...

Na wyprawę wystarczyła jedna para butów?
Tak. Za radą innego podróżnika kupiłem za 100 zł buty do biegania w Decathlonie. Chciałem pójść w butach górskich, ale podróżnik odradził mi za względu na konieczność poruszania się po drogach asfaltowych. Miałem ze sobą jeszcze klapki pod prysznic i sandały, które zakładałem po dniu marszu.

Jak ciężki bagaż dźwigałeś na plecach?
Przed wyruszeniem w trasę zapakowałem torbę w, jak mi się wydawało, jedynie potrzebne rzeczy. Okazało się, że waży 21 kg. Jak ją założyłem, miałem kłopot, aby przejść się po pokoju. Rozpakowałem się i część rzeczy odrzuciłem. Zostało... 19 kg. Z takim bagażem wyruszyłem w pierwszy 50-kilometrowy odcinek.
Powiem szczerze - to był dramat. Kiedy więc doszedłem do pierwszego miejsca noclegowego, u mojej koleżanki z uczelni, przepakowałem się u niej po raz kolejny i zostawiłem kilka kilogramów rzeczy. Czytałem kiedyś o zasadzie, która mówi, że jeśli masz wątpliwości, czy jakaś rzecz jest potrzebna, to nie zabieraj jej w drogę. Trzeba myśleć praktycznie.
Na mój bagaż składał się także 3,5-kilogramowy namiot, który mogłem zostawić dopiero na początku trasy we Włoszech. Ale było w nim także jedzenie potrzebne na dany dzień, aparat, kamera, powerbanki.

Najdłuższy odcinek, który przeszedłeś?
60 km. Po tak długiej trasie nie wiedziałem, jak się nazywam. Najwcześniej zaczynałem wyprawę o godz. 4:30, najpóźniej około 10:00. O 10:00 dlatego, że od rana była straszna ulewa i musiałem przeczekać w namiocie, gdy się rozpogodzi. Jak mieszkałem sam, trudniej było mi się zmobilizować do wczesnego wstawania.

Były kryzysy, chwile, kiedy chciałeś zrezygnować i wyspać się porządnie w swoim łóżku?
Kryzysy były codziennie, ale nie aż takie, aby pojawiały się myśli o rezygnacji z wędrówki. Natomiast myślałem o swoim łóżku, szczególnie po odcinkach górskich [śmiech]. Nie mogłem doczekać się Włoch. A tymczasem pierwsze trzy odcinki były tak górzyste, że cierpiałem strasznie. Widziałem szczyty pokryte śniegiem. Byłem zły, wyczerpany. Potem była płaska Nizina Padańska. Ciągle towarzyszył mi ten sam widok, bo na tym terenie są kanały, pola ryżowe i kukurydziane. I było tam mnóstwo komarów. Na szczęście wyposażyłem się w odpowiednie środki przeciw tym owadom.

Z twoich relacji wiem też, że było wiele problemów z noclegami.
Wychodząc z domu wyznaczyłem sobie 10 miejscowości, do których będę dochodzić w kolejne dni. Ale poza pierwszym dniem, nigdzie nie miałem zagwarantowanego noclegu. Z jednej strony cieszyłem się więc, kiedy dochodziłem do miejscowości, która była końcem etapu, z drugiej uświadamiałem sobie, że dopiero muszę znaleźć nocleg, co wcale nie było proste.
O ile w Polsce nie było źle, to w Czechach i Niemczech już tak. W tym krajach jak docierałem do kościoła, czasami okazywało się, że nie ma przy nim probostwa, a noclegów zawsze starałem się szukać przez lokalnego księdza. Zdarzało się, że ksiądz był na urlopie albo po prostu odmawiał mi pomocy. W Czechach zdarzało się, że nic nie dawał certyfikat, jaki dostałem z kurii. Musiałem radzić sobie sam.

No właśnie, jak radziłeś sobie z samotnością?
Jestem osobą towarzyską, ciągle muszę się z kimś widzieć, z kimś pogadać, więc samotność była dla mnie największym problemem. Wiedziałem, na co się piszę, ale dla człowieka, który dzień w dzień przebywa z ludźmi, takie nagłe odcięcie na dwa miesiące jest bardzo trudne. Tym bardziej, jak słyszysz, że koledzy gdzieś wspólnie pojechali albo spotykają się na imprezie.
Jak szedłem w górach, to nie miałem zasięgu. Nie miałem więc nawet z kim pogadać przez telefon. Był taki wieczór, że trafiłem do pokoju, gdzie było 10 łóżek i ja sam. W oknie krata, drzwi wychodzące bezpośrednio na ulicę. Człowiek wtedy dużo myśli, analizuje. A kiedy jesteś zmęczony, do głowy przychodzą różne myśli. Nie było mi wtedy lekko.
Kiedy więc spotykałem na szlaku ludzi i szliśmy razem, czasami nawet po trzy dni, byłem bardzo szczęśliwy.
Najbardziej pomagały mi jednak telefony do rodziny. Codziennie dzwoniłem wieczorem do mamy i dziadka. Z dziadkiem, który jest moim prawdziwym przyjacielem, gadaliśmy dzień w dzień minimum po 20 minut, a czasami 40, a nawet godzinę. Nie jesteśmy jak dziadek i wnuk. Czasami żartujemy, że dziadek urodził się za wcześnie, bo jakby był w moim wieku, to podróżowalibyśmy razem.
Do dziadka zadzwoniłem też z Placu Świętego Piotra, zaraz po zakończeniu wyprawy. Składałem mu życzenia urodzinowe, bo właśnie tego dnia skończył 80 lat.

Czy taka wyprawa zmienia człowieka?
Dwa lata temu z przyjaciółmi poszliśmy na pielgrzymkę do Santiago de Compostela. Tamta wyprawa bardzo mnie zmieniła, dojrzałem, na wiele rzeczy zacząłem spoglądać inaczej. Przede wszystkim inaczej zobaczyłem samego siebie. Ważny był aspekt duchowy. Czasami, aby zobaczyć skutki wyprawy potrzeba czasu. Pewnie tak samo będzie z wyprawą do Rzymu.

Było Santiago de Compostela i Rzym. Jakie kolejne plany są w twojej głowie?
W głowie jest bardzo dużo, może nie wypraw pieszych, choć takie też są. Nie wiem, co się uda zrealizować, czasami jest pomysł w głowie, ale musi dojrzeć i pojawić się impuls. O Rzymie myślałem rok po Santiago, a poleciałem wtedy na Islandię.
Teraz marzy mi się coś innego. Najbardziej chciałbym kupić busa i pojechać gdzieś daleko z przyjaciółmi. Gdzieś do Azji, Australii albo Ameryki.