Bartosz Godziewski
dyrektor artystyczny festiwalu Cloud9

Kończymy projekt festiwalu w Środzie. To dla nas bardzo trudna decyzja, ale nie mamy wyboru. Nie udało nam się wygrać konkursu na dofinansowanie imprezy organizowanego przez marszałka województwa wielkopolskiego, środków na festiwal nie ma także miasto, zaś powiat zaproponował nam dużo mniejsze finansowanie. Nie mamy do nikogo pretensji, rozumiemy to. Nie zmienia to jednak faktu, że bez tych środków festiwal nie może się odbyć.
Sądzę, że to jest koniec całego projektu. Poinformowaliśmy o tym naszych dotychczasowych partnerów i nie ma raczej szans, abyśmy do idei wrócili w przyszłości. Festiwal przechodzi do historii.
Po ubiegłorocznym festiwalu, podczas którego gwiazdami byli Organek i Kasia Kowalska, a Ośrodek Kultury pękał w szwach i bardzo wielu ludziom nie udało się wejść do środka, chcieliśmy dać publiczności coś więcej. W planach był plenerowy trzydniowy festiwal z mnóstwem atrakcji. Był to jednak projekt kosztowny. Nie chcieliśmy się jednak cofać.
Festiwal to było dziewięć niezwykłych lat. Zaczynaliśmy od Polskiego Dnia Bluesa, potem była Meskalina i wreszcie Cloud9. W tym czasie udawało nam się ściągnąć do Środy gwiazdy muzyczne z zagranicy i kraju. Były także zespoły, które dopiero przebijały się do pierwszej ligi i teraz już tam są.
Festiwal był jednak nie tylko wydarzeniem muzycznym. Zmieniał się, podobnie jak zmienialiśmy się my sami. Dojrzewaliśmy razem. Razem z Wojtkiem Olkiewiczem zaczynaliśmy od bluesa, a potem były także najróżniejsze inne gatunki muzyczne. Stawialiśmy na kulturę, sztukę, widzieliśmy w festiwalu miejsce, gdzie można robić warsztaty i spotkania służące rozwojowi człowieka, zaszczepianiem pasji, promocją zdrowego stylu życia. Rok temu podczas Cloud9 warsztaty oraz wystawa były poświęcone problemowi depresji. Bardzo zależało nam, aby to był wartościowy projekt. Myślę, że udało się.
Czy myśleliśmy o festiwalu biletowanym? Nie chcieliśmy się tego podejmować w Środzie. W naszym mieście od lat jest mnóstwo imprez niebiletowanych. Ludzie przyzwyczaili się, że idzie się na koncert i nie trzeba płacić. Ryzyko imprezy biletowanej było zbyt duże, a przecież gdyby nie udało się zgromadzić z biletów zakładanych środków, to dziurę budżetową musielibyśmy pokryć z własnej kieszeni.
Przypomnę, że przez te wszystkie lata działaliśmy jako stowarzyszenie non profit. Nie pobieraliśmy za naszą pracę żadnego wynagrodzenia. A jak czegoś brakowało na bieżące wydatki, trzeba było samemu wyłożyć.
Największą wartością festiwalu było to, jak wiele osób w niego się zaangażowało. Tego z całą pewnością nie zapomnimy nigdy.
(kóz)