Średzianin Bartłomiej Marusik jest kompozytorem „Pieśni nocą śpiewanych", płyty, która w ubiegłym tygodniu otrzymała nominację do Fryderyków. Z artystą i pedagogiem w średzkiej Niepublicznej Szkole Muzycznej rozmawiał Zbigniew Król

 

Zbigniew Król - „Pieśni nocą śpiewane" zostały nominowane do absolutnie wyjątkowej nagrody. Są w gronie pięciu płyt z szansą na Fryderyka w kategorii „muzyka poważna, album roku recital solowy". Jak dowiedział się pan o nominacji?

Bartłomiej Marusik - W ubiegłą środę prowadziłem zdalną lekcję przez Messengera i zadzwonił mi dzwonek w telefonie. Oczywiście nie odebrałem i lekcję przeprowadziłem do końca. Potem miałem małą przerwę i zobaczyłem na telefonie szereg powiadomień. Okazało się, że mój kolega Krzysztof Meisinger, który jest wykonawcą na tej płycie umieścił informację o nominacji na swoim profilu na Facebooku. Byłem zaskoczony. Myślałem, że to pomyłka. Nie wiedziałem nawet, że ktoś zgłosił płytę do Fryderyków.

 

Była wielka radość i satysfakcja? Nominacja do Fryderyków to coś wyjątkowego, bo nagroda jest naszym krajowym odpowiednikiem nagród Grammy, prestiżowych amerykańskich nagród przemysłu muzycznego.

To bardzo miłe i oczywiście dla mnie bardzo ważne. Ale na nominacje i nagrody patrzę ze sporym dystansem. Jest to może i jakaś miara sukcesu, docenienia naszej pracy, w sumie trzech osób, a biorąc pod uwagę, że wykorzystałem teksty Leśmiana i Staffa, to nawet pięciorga. Z nominacją trzeba się oswoić i iść dalej.

Na swojej drodze artystycznej i zawodowej spotkałem mnóstwo osób, które miały wielkie osiągnięcia, ale żyli przeszłością. Dostali ważną nagrodę 20 lat temu i żyli wspomnieniami. A prawda jest taka, że jeśli chcemy się rozwijać i być słuchani i doceniani, to musimy patrzeć na swoją pracę przez pryzmat teraźniejszości.

Mój mentor i przyjaciel prof. Andrzej Kempiński, do którego mam ogromny szacunek, kiedy broniłem doktorat wpoił mi, że tytuł naukowy jest zobowiązaniem do pracy i rozwoju. I tak jest chyba ze wszystkim. Nominacja to także zobowiązanie.

 

Jak powstała nominowana do Fryderyków płyta „Pieśni nocą śpiewane"?

Pomysł narodził się u Krzysztofa Meisingera, z którym serdecznie przyjaźnimy się od wielu lat. Powiedział mi, że razem z mezzosopranistką Agnieszką Rehlis chcą nagrać płytę, recital z muzyką Enrique Granadosa, Joaquina Rodrigo i innych kompozytorów. Zaproponował, abym skomponował na płytę 2 - 3 swoje utwory z towarzyszeniem gitary. A że Krzysztof Meisinger i Agnieszka Rehlis to absolutna czołówka, wybitne postaci naszej muzyki, zgodziłem się z radością.

Od razu zaznaczyłem, że będzie to muzyka do tekstów polskich. Dostałem wolną rękę i sięgnąłem po Leśmiana, którego lubię od czasów liceum, oraz po Staffa. Krzysztofowi bardzo spodobały się moje utwory, poprosił o kolejne dwa, a potem o materiał na całą płytę. Było to dla mnie wielkim komplementem.

Nagrania odbyły się na przełomie stycznia i lutego 2020 roku w Warszawie w studiu Polskiego Radia, a sama płyta była gotowa pół roku później. Premiera płyty miała się odbyć już w kwietniu ubiegłego roku w średzkiej kolegiacie. Z księdzem proboszczem wszystko mieliśmy ustalone, ale sytuacja pandemiczna pokrzyżowała plany.

 

Mieliście w planie trasę koncertową?

Plany były szerokie. W Środzie koncert miał się odbyć w pierwszą środę po Wielkanocy, następnego dnia mieliśmy w planach występ w Kłodzku, potem w Kudowie Zdroju, i dalej w Szczecinie. Oczywiście nic z tego nie udało się zrealizować. Za kilka dni, 28 marca, mieliśmy też zaplanowany koncert w Łazienkach w Warszawie. Bilety bardzo dobrze się sprzedawały i znów koncert został odwołany.

Ale oczywiście mamy nadzieję, że koncerty wrócą. Odzew na płytę jest bardzo dobry. Z drugiej strony musimy mieć świadomość, że branża koncertowa w tej chwili praktycznie nie istnieje.

 

Czy tak udana współpraca z Krzysztofem Meisingerem i Agnieszką Rehlis będzie miała ciąg dalszy?

Z Krzysztofem Meisingerem współpracujemy od lat i pisałem już dla niego utwory. Teraz także napisałem na jego zamówienie suitę na skrzypce i gitarę. Przygotowałem także aranże na gitarę oraz mezzosopran Agnieszki Rehlis i sopran Iwony Sobotki ponad dwudziestu polskich pieśni ludowych.

Z Agnieszką Rehlis na jesień mamy zaplanowane w Zielonej Górze wykonanie skomponowanej przeze mnie mszy na orkiestrę smyczkową. To forma bardzo poważna, ale w dzisiejszej sytuacji koncert stoi pod znakiem zapytania.

Realizacji i planów mamy zatem sporo.

 

Jak udaje się panu pogodzić pracę pedagoga i kompozytora?

Nie wyobrażam sobie, aby mogło być inaczej. Dla mnie jedno z drugim uzupełnia się. Kiedy pracuję z uczniem i widzę u niego problem z nauką jakiegoś elementu, zastanawiam się jak mu pomóc. Komponuję więc dla niego utwór. Moja działalność wydawnicza, związana z publikacją prostych utworów do nauki gry dla dzieci, od wielu lat realizowana jest w wydawnictwie ABsonic.

Czuję potrzebę komponowania. Mam w głowie tyle dźwięków, że muszę je wyrzucić z siebie na symboliczny papier, a w zasadzie do komputera, bo dziś komponuje się na cyfrowych edytorach. Jak zamknę te dźwięki w formie utworu, to dokonuję swoistego resetu i mogę iść dalej. Moje komponowanie jest taką samą potrzebą, jak dla innych na przykład potrzeba uprawiania sportu, który sam także bardzo cenię.

 

Ma pan swoje zwyczaje związane z komponowaniem? Ulubiona pora dnia, rytuały?

Nie mam takich rzeczy. Jeśli chodzi o same pomysły, które przychodzą mi do głowy, nie ma żadnej zasady. Mogę wybrać się na spacer z psem i wówczas przyjdzie mi do głowy jakiś pomysł. Na szczęście mam przy sobie telefon i mogę włączyć dyktafon, by się nagrać. Czasami pomysł przychodzi jak leżę wieczorem w łóżku, więc muszę wstać i go nagrać. Dopiero wówczas wracam do łóżka. Do pracy muszę mieć przede wszystkim ciszę, spokój. Nie potrafiłbym komponować przy kimś.

 

Gdzie można nabyć nominowaną płytę?

Można ją kupić przez internet na stronie Krzysztofa Meisingera i Wydawnictwa Orfeus Music, a także po koncertach, których jak wiadomo teraz nie ma. Rynek płytowy w ostatnich latach bardzo się zmienił i takich produktów jak nasz nie da się kupić na przykład w Empiku, który zajmuje się głównie produktami marketingowymi związanymi z ogromnymi pieniędzmi.

Nasza płyta w tym sensie jest produktem absolutnie niszowym, ale też zupełnie niezależnym, bez udziału wielkiego wydawnictwa. Wszystkim zajmował się Krzysztof Meisinger. Sam wybrał studio, niezwykle cenioną realizatorkę dźwięku Ewę Guziołek-Tubelewicz, co w przypadku muzyki poważnej ma kluczowe znaczenie.

 

Czy będzie pan w napięciu czekać na ogłoszenie wyników w konkursie Fryderyków?

Podchodzę do tego ze spokojem. Myślę, że z większym napięciem czekać na wyniki będą wykonawcy, czyli Krzysztof Meisinger i Agnieszka Rehlis. To przecież nominacja głównie dla nich. Ale skłamałbym, gdybym powiedział, że i dla mnie nie będzie przyjemnego napięcia. Wśród płyt nominowanych w naszej kategorii są utwory Szymanowskiego i Moniuszki. I w tym niezwykłym gronie jest także nazwisko Marusik, co jest zaszczytem i wielką radością.

Nikt z nas tworząc płytę nie myślał o nominacji i konkursie. Staraliśmy się wykonać jak najlepiej swoje zadanie. Trzeba być szczerym w tym, co się robi. Tak więc na płycie są moje dźwięki z ich zaletami i wadami, Agnieszka zaśpiewała najpiękniej jak potrafi, a Krzysztof zagrał najlepiej jak umie.

Nasza płyta różni się od pozostałych, co pokazuje otwartość jurorów na odświeżanie pewnych rzeczy. Muzyka Moniuszki i Szymanowskiego to genialne dzieła, ale płyt z tymi utworami są tysiące. To, co my zrobiliśmy jest po prostu czymś nowym.