Walentina Łazarienko z mężem i trójką dzieci mieszka w Środzie od czterech lat. Przyjechali z Kazachstanu, z okolic Tajynszy, gdzie do dziś mieszka wielu Polaków, potomków wysiedleńców z lat 30. i 40. W Tajynszy niedawno przebywała średzka delegacja samorządowców i przedsiębiorców
O tym, jak rodzina Łazarienko trafiła do Środy, o babci, która była wysiedlona w 1936 roku i nigdy nie dała powiedzieć o Polsce złego słowa, o życiu w Kazachstanie i w Polsce Walentina Łazarienko opowiedziała Zbigniewowi Królowi.

Pamięta pani przyjazd do Środy przed czterema laty?
To było 25 sierpnia 2014 roku. Pojechaliśmy do Urzędu Miejskiego, gdzie powitał nas burmistrz Wojciech Ziętkowski. Dał nam klucze od mieszkania. Poszliśmy tam. Zobaczyliśmy dużą kamienicę, weszliśmy do środka. Klatka schodowa źle wyglądała. Od razu pojawiły się różne myśli, czy na pewno dobrze zrobiliśmy przyjeżdżając tutaj. Dzieci, wówczas w wieku 8, 5 i 3 lata, były przerażone.
Ale weszliśmy na drugie piętro, do naszego nowego mieszkania. A tam wszystko pięknie wyremontowane i w pełni wyposażone we wszystkie potrzebne sprzęty. Trzy pokoje i kuchnia w centrum miasta. Odetchnęliśmy. Było dobrze.
W Środzie wszystko było dla nas doskonale przygotowane. W sprawach formalnych pomagała nam Hanna Przewoźniak z Urzędu Miejskiego. Do rozpoczęcia roku szkolnego było pięć dni. W tym czasie załatwiłam przyjęcie na studia w WWSSE na drugi rok pedagogiki, mąż dostał propozycję pracy w Usługach Komunalnych, a ja propozycję pracy w przedszkolu. Wiedziałam, gdzie do szkoły pójdzie mój najstarszy syn, gdzie do przedszkola pójdą młodsi.
31 sierpnia dostałam telefon, że następnego dnia mam się stawić o 7 rano w przedszkolu na Brodowskiej. Poszliśmy pieszo szukać, gdzie jest ta Brodowska. Następnego dnia okazało się, że leje jak z cebra. Więc do pracy pierwszego dnia pojechałam taksówką. Moje koleżanki do dzisiaj śmieją się, że miałam takie wejście do pracy.

Wasza historia zaczyna się od babci, która została wywieziona do Kazachstanu w 1936 roku...
Moją babcię wywieziono z okolic Kamieńca Podolskiego w 1936 roku. Pewnego wieczoru przyszedł jakiś komendant i powiedział, że mają się stawić o 7 rano na stacji kolejowej. Moja prababcia i jej pięcioro dzieci, bez pradziadka, który wcześniej został zabrany i ślad po nim zaginął, wsiadała do pociągu i jechała z innymi polskimi rodzinami przez dwa tygodnie. Jak opowiadała babcia, ludzie płakali, było bardzo gorąco, nie było co jeść. Umierało wiele dzieci. W pociągu babcia poznała swojego przyszłego męża, a mojego dziadka.
Pociąg przyjechał do Tajynszy, na północy Kazachstanu. Potem wszystkich wozami rozwieziono na step. Były tam studnie i wbite pachołki. Babcia z rodziną trafiła do miejsca oznakowanego jako numer 4. Takich późniejszych wiosek było 13. Mieszkańcy sami je nazywali zgodnie z miejscem, skąd przybyli - Podolskie, Donieckie, Zielony Gaj, Jasna Polana, Wiszniowka. Choć babcia znała te nazwy, do końca życia posługiwała się numerami.

Gdzie mieszkali polscy wysiedleńcy?
Mieszkali w dziurawych, przemakających namiotach. Do zimy udało im się z gliny, słomy i ziemi wybudować ziemianki, w których mieszkali kilka lat. Pracowali w polu. Bardzo pomagali im Kazachowie. Gdyby nie oni, jak wspominała babcia, Polacy nie przeżyliby zimy.
W 1938 roku moja babcia wyszła za mąż i potem kolejno urodziła pięciu chłopców i jedną dziewczynkę - moją mamę. Trzech chłopców zmarło jako dzieci.
Głód, choroby, mróz powodowały, że była bardzo duża śmiertelność. Grasowały też wilki, które zagryzały ludzi. Potem, podczas II wojny światowej, wcielono wielu mężczyzn do armii. Babcia pomagała w sierocińcu, gdzie była kucharką. Tam pomagała m.in. pewnemu rodzeństwu. Chłopiec zmarł potem, a dziewczynka jak dorosła, wyjechała do Polski, kiedy było to już możliwe. Po latach, kiedy moje siostry także wyjechały do Polski, ta pani znalazła je, skontaktowała się i dziękowała. Mówiła, że dzięki mojej babci przeżyła...
Dopiero w latach 50. zaczęły powstawać normalne domy. Po śmierci Stalina było nawet można wrócić do swoich dawnych miejscowości na Ukrainie, czy też pojechać do Polski. Ale większość ludzi została. Wyjechał brat mojej babci, bo był sam, nie miał rodziny. Zmarł rok temu. Moja babcia została, bo po 20 latach miała dom, jakiś dorobek, ogródek. Nie chciała tego zostawić. Mówiła, że drugiej przeprowadzki by nie przeżyła. Mój dziadek zmarł w 1986 roku, jak miałam roczek. Babcia zmarła, jak miałam 19 lat.
Babcia była dla nas bardzo ważna. To, co powiedziała, było dla nas święte. To ona nauczyła nas modlitwy, przygotowała do komunii świętej. W tych wioskach nie było wówczas kaplic. Teraz są w pomieszczeniach po sklepach, czy też w innych miejscach. W każdej miejscowości są też takie małe muzea, pomieszczenia, w których gromadzi się pamiątki po tych pierwszych zesłańcach. No i są cmentarze, które wyglądają inaczej niż w Polsce. Są najstarsze kopczyki, z pochowanymi w latach 30. i 40., potem starsze z krzyżami drewnianymi i metalowymi, wreszcie najnowsze. Stare cmentarze są zarośnięte trawą, nikt o nie dba.

Po przyjeździe do Polski, cztery lata temu, co było dla was najtrudniejsze?
Dla moich dzieci i męża na pewno język polski. Ale w Szkole Podstawowej nr 2 przez cały rok moim najstarszym synem zajmowała się nauczycielka Lilianna Gaszczyk. Zostawała z nim po lekcjach, robili testy, odrabiali zadania. Po roku Maksim mówił zupełnie jak Polak urodzony w kraju. Bez wschodniego akcentu.
Młodsze dzieci -Wadim i Liza - trafiły do przedszkola, w którym pracowałam. Ale nie widywaliśmy się. Przez dwa tygodnie płakały, mówiły, że nic nie rozumieją. Dochodziło do śmiesznych sytuacji, bo nauczycielka mówiła dzieciom, że mają siadać na dywanie, a moje dzieci siadały na kanapie. Dywan po rosyjsku to kanapa. Po tych dwóch tygodniach dzieci zaczęły się oswajać, bawić z innymi przedszkolakami. A potem w sposób naturalny chłonęły język. Już po trzech, czterech miesiącach młodsza córka mówiła wierszyki podczas przedszkolnych przedstawień. Dziś oczywiście mówią bardzo dobrze po polsku, zupełnie naturalnie, bez akcentu. Nikt języka nie musiał ich specjalnie uczyć.

W domu w Środzie rozmawiacie po polsku?
Tylko czasami. Od początku słyszałam, że mam przez cały czas rozmawiać w dziećmi po polsku. Ale pomyślałam, że one i tak będą chłonąć polski w sposób naturalny. Natomiast zależało mi, aby język rosyjski jednak pielęgnować. Bo przecież w Kazachstanie została nasza rodzina, dziadkowie, wujkowie, kuzynostwo, koledzy, wszyscy rosyjskojęzyczni. Nie chciałam, aby kiedy będą ich odwiedzać, mieli problem w rozmowie z tak ważnymi dla nas ludźmi. I to się udało. Dziś moje dzieci są dwujęzyczne, choć młodsi nie znają gramatyki rosyjskiej. Język rosyjski ciekawi ich jednak, uczą się go sami. Nawet pisowni liter nauczyli się sami z ciekawości.

Czy na początku życie w Polsce było dla was trudne?
Tutaj żyje się zdecydowanie szybciej. W Kazachstanie mąż chodził do pracy na godz. 9:00, ja nie pracowałam, bo zajmowałam się dziećmi, zresztą pracy dla mnie nie było. Jedynie zajmowałam się gospodarstwem. Tutaj praca zaczyna się o godz. 7:00.
Najgorzej pierwszy rok pobytu w Polsce przeżywały dzieci. Bardzo tęskniły za bliskimi. Cięgle pytały, kiedy wracamy do babci i dziadka, do kolegów. Mówiły, że już widziały Polskę i czas wracać. Nie zdawały sobie sprawy, że wyjechali z Kazachstanu na zawsze.
Było mi bardzo smutno, nie byłam pewna, czy słusznie postąpiłam wyjeżdżając z Kazachstanu. To znaczy wiedziałam, że tutaj czeka nas normalne życie, przyszłość. A jednak widziałam smutek moich dzieci.
Rok temu pojechaliśmy do Kazachstanu w odwiedziny. Byliśmy tam trzy tygodnie. Bardzo cieszyliśmy się z tej wizyty. Dzieci były szczęśliwe, bo spotkały dziadków, rodzinę, kolegów. Ale kiedy po dwóch tygodniach zapytałam ich, czy chcieliby zostać, odpowiedzieli, że nie, bo ich dom jest w Środzie, w Polsce. Dopiero wtedy kamień spadł mi z serca, że podjęliśmy dobrą decyzję. Z Kazachstanu wracaliśmy do Polski, do naszego domu.

Polacy w Kazachstanie słabo mówią po polsku, co jest zupełnie zrozumiałe. A jak pani się uczyła?
W szkole w Kazachstanie była możliwość nauki języka polskiego jako przedmiotu dodatkowego. Uczyli nauczyciele, którzy przyjeżdżali z Polski. Nie wytrzymywali tam zbyt długo, bo zima w północnym Kazachstanie jest bardzo sroga, a mrozy sięgają minus 40 - 50 st. C. Ale uczyli dobrze. Ja uczyłam się języka polskiego od drugiej klasy szkoły podstawowej. Podobał mi się, marzyłem, aby kiedyś przyjechać do Polski. Moja babcia, która w 1936 roku jako 19-latka została wysiedlona z rejonu Kamieńca Podolskiego, zawsze powtarzała, że Polska to coś najpiękniejszego. O Polsce w domu nigdy nie można było powiedzieć nic złego.
Po szkole dostałam się na studia do Polski. Podążyłam drogą moich trzech starszych sióstr, które także studiowały w Polsce. Do Kazachstanu już nie wróciły. Jedna zamieszkała w Polsce, druga w Niemczech, trzecia mieszka w Irlandii. Ja studiowałam na tzw. roku zerowym na uniwersytecie w Lublinie, gdzie głównie uczyłam się języka polskiego. Potem przez rok studiowałam pedagogikę na UAM w Poznaniu. Wybrałam Poznań, bo tam mieszkała i mieszka do dzisiaj moja siostra.

Ale zdecydowała się pani wrócić do Kazachstanu. Dlaczego?
Wróciłam ze względów rodzinnych. W Kazachstanie wyszłam za mąż, potem urodziłam dzieci. Kupiliśmy dom naprzeciwko moich teściów. Zapłaciliśmy za niego 5 tys. dolarów, które udało nam się pożyczyć. Mieliśmy tam gospodarstwo, które było podstawą naszego bytu. Sprzedawaliśmy trochę mleka. Mój mąż pracował najpierw w kołchozie, ale pensje dostawał dwa razy w roku. Nigdy nie wiedzieliśmy, kiedy będą pieniądze. Potem dostał pracę jako kierowca akima, czyli takiego naszego burmistrza. Pensja była płacona regularnie, 25 tys. tenge, czyli 250 zł.
Żyło nam się ciężko. Tam całe lato pracujesz, aby przetrwać zimę. W październiku może spaść śnieg, który czasami stopnieje w kwietniu, albo i w maju. Na polach nie zawsze udaje się zebrać zboże przed śniegami, więc kosi się je dopiero po odwilży. Można sobie wyobrazić, jakiej jest jakości...
Mężowi wiele razy mówiłam, że chcę wyjechać do Polski, ale on nie chciał o tym słyszeć. Ale w 2011 roku przyjechaliśmy do Poznania do mojej siostry na chrzest jej dziecka. I jak mąż zobaczył wówczas po raz pierwszy Polskę, to zaczął się zastanawiać. Wreszcie powiedziałam mu, że składam papiery w ambasadzie w Astanie i wyjeżdżamy. Zgodził się.

Jak to się stało, że trafiliście właśnie do Środy?
Złożyliśmy dokumenty w ambasadzie i czekaliśmy, jaka gmina w Polsce zdecyduje się nas przyjąć. Moja siostra, która mieszka w Irlandii, była akurat na urlopie macierzyńskim i zaproponowała, że będzie pisać w moim imieniu do gmin w Polsce zapytania. I zaczęła wysyłać maile. Było ich bardzo wiele. Gminy albo nie odpowiadały, albo odmawiały. Niektórzy pisali, że nie mają teraz miejsca, ale można się odezwać za rok - dwa.
I nagle 16 listopada 2013 roku przyszedł mail ze Środy. Burmistrz pisał, że Środa nas przyjmie, prosił o więcej informacji o rodzinie. Nie mogłam spać przez kilka dni. Byłam szczęśliwa, ale też wiedziałam, że wszystko w naszym życiu się zmieni.
Przez całe życie będziemy wdzięczni, że Środa nas tak przyjęła i tyle dla nas zrobiła, a teraz tyle robi dla innych repatriantów.

Jak zareagowali na decyzję o wyjeździe do Polski wasi najbliżsi?
Bardzo ciężko przeżyli to zwłaszcza rodzice mojego męża. W moim domu rodzinnym było inaczej. Moja mama, która zmarła 9 lat temu, zawsze namawiała nas, abyśmy wyjechali. Choć było to dla niej bardzo trudne, to chciała, abyśmy mieli lepsze życie. Poza tym moje siostry już wcześniej wyjechały, a na miejscu zostali bracia i tata.
Moja mama miała siódemkę dzieci. Można sobie wyobrazić, jak wysyłała pierwszą swoją córkę do Polski na studia. Moja siostra jechała kilka dni pociągiem przez Moskwę. Nie było telefonów komórkowych, internetu. List, że wszystko jest w porządku, przyszedł po miesiącu. Potem każdy taki list to było prawdziwe święto. Mama też pisała, opisywała wszystko, co się u nas dzieje. Podejrzewam, że wszystkich tych listów nawet nie wysyłała.

Jak szykowaliście się do wyjazdu do Polski?
Jak przyszła decyzja, że możemy jechać do Środy, staraliśmy się sprzedać nasz dom. Przez 9 lat dużo w niego włożyliśmy. Pojawił się jeden kupiec, który zaoferował tyle, ile zapłaciliśmy przed laty, czyli 5 tys. dolarów. Nie było na co się oglądać, bo inaczej wyjeżdżalibyśmy z niczym. Mój zdolny mąż złożył jeszcze z części dwa traktory, które też udało mi się sprzedać.
W każdej wiosce jak słyszą, że ktoś wyjeżdża, to przychodzą zobaczyć co można kupić, albo dostać. I tak część dobytku jeszcze rozdaliśmy, część za niewielkie pieniądze sprzedaliśmy. Potem zapakowaliśmy się w trzy walizki i przyjechaliśmy do Środy.
Teraz ci, którzy wyjeżdżają z Tajynszy i okolic, zazwyczaj zamykają domy i zostawiają w nich wszystko. Nikt tych domów nie chce kupować.

Jak wygląda wasze życie w Polsce dziś?
Dobrze się tutaj czujemy. Kupiliśmy samochód i działkę. Moim dzieciom bardzo brakowało tej przestrzeni. Bo w naszej wiosce w Kazachstanie mieli wielką przestrzeń. Działka zaspokaja teraz ich potrzeby. Oboje z mężem pracujemy, dzieci dobrze się uczą w szkole. To jest nasz dom. Żałujemy tylko, że nasi bliscy są tak daleko od nas.
Ostatni wyjazd do mojej rodziny wspominam każdego dnia. Jak tam pojechałam, to w nocy nie mogłam spać z tych wszystkich wrażeń. To przecież moje rodzinne strony, tam się urodziłam, tam urodziły się moje dzieci. I w dodatku nie wiem, kiedy znów się zobaczymy.