W średzkiej bibliotece od dwóch tygodni można oglądać prace Violetty Walczak. O malarstwie i spełnianiu najskrytszych marzeń z malarką z Solca rozmawiała Hanna Sowa.
Od dwóch tygodni w średzkiej bibliotece można oglądać pani obrazy. To pani pierwsza wystawa?

Pierwsza autorska, wymarzona, wypieszczona. Jeszcze do mnie nie dociera, że to się dzieje!
Maluje pani głównie olejami i przede wszystkim martwą naturę...
Obrazy miały być inne niż te, które malowałam dotychczas, miały być moje, charakterystyczne, niebanalne. Chciałam pokazać martwą naturę taką, jaką widzę i czuję. Farby olejne dają wyjątkową swobodę w doborze i mieszaniu barw, tworzeniu ciekawych faktur, uzyskiwaniu efektów półprzezroczystości i przenikania barw, a nawet wchodzeniu w „trzeci wymiar" przez nakładanie bardzo grubych warstw farb. Bogaty koloryt, miękki modelunek, podkreślenie właściwości płótna. Wszystkie dzieła przepełnione tymi bogatymi cechami sztuki, można zobaczyć właśnie na moich obrazach.
Podczas wernisażu mówiła pani, że wszystko zaczęło się od lalek Barbie. A więc swoją przygodę z malarstwem zaczęła pani jeszcze w dzieciństwie?
Moje wykształcenie nie było związane z malarstwem, zawodowo także nie miałam styczności z tą dziedziną sztuki. Mając sześć lat, zaczęłam szkicować lalki Barbie, bo wydawały mi się najłatwiejsze. W każdym razie tak mi się wtedy wydawało (śmiech).
Chodziłam na kółka plastyczne, brałam udział w konkursach szkolnych. Próbowałam wszystkiego, począwszy od rzeźbienia, a kończąc na malowaniu farbami, pędzlem czy szpachelką malarską. Widząc zainteresowanie najbliższych moimi pracami, malarstwo stało się moją pasją, konikiem, smykałką.
Jest pani samoukiem?
Tak, zgadza się. W zakresie malarstwa, jak już wcześniej wspomniałam, nie miałam profesjonalnego przygotowania. Umiejętności zdobywałam w praktyce, wiedzę zaś czerpałam z ogólnie dostępnych, popularnych opracowań, poświęconych zagadnieniom malarstwa. Cytuję: „niepotrzebne są szkoły plastyczne, aby zachwycić...".
Co panią inspiruje?
Moja inspiracją jest moje życie. To wszystko, co mnie porusza, próbuję przenieść na płótno. Trzeba tylko mieć wyostrzony zmysł i obserwować otoczenie.
Pani obrazy charakteryzują bardzo ciekawe, oryginalne tytuły. Skąd bierze pani na nie pomysły?
Z wyobraźni. Pomysły, skojarzenia przychodzą i odchodzą, jak w życiu. Są wynikiem przemyśleń, dojrzewania pewnych idei, świadectwem czasu. Niekiedy coś pojawia się przez przypadek, zbieg okoliczności. Z reguły jest tak, że malując na płótnie, już widzę, jaki tytuł będzie miał obraz. Tego nie da się opisać, trzeba samemu przeżyć.
Jak rodzina reaguje na pasję, której poświęca pani każdą wolną chwilę?
Odkąd pamiętam, zawsze mogłam liczyć na ich wsparcie i miłość. W życiu jest tak, że najbliżsi chcą dla swoich pociech jak najlepiej. Mnie na szczęście to nie zostało odebrane. Gdy widzisz, jak wszyscy mobilizują się, aby pomóc ci w spełnieniu marzenia, zaczynasz wierzyć, że ten świat nie jest taki zły, że są pozytywnie zakręceni ludzie. Jestem im bezgranicznie wdzięczna.
Podkreśla pani, że w obrazach pokazuje cząstkę siebie. Teraz - można powiedzieć - wystawiła pani tę cząstkę na widok publiczny...
Tak naprawdę to od początku robiłam to wystawienie tylko dla siebie. Nie myślałam o odbiorze innych. Tam są moje uczucia, moje emocje. Tak, na tych obrazach jest cząstka mojego życia, więc nie myślałam, jak to będzie odebrane. To jest prawdziwe. Dopiero kilka dni przed wernisażem uświadomiłam sobie, że tak, wystawiam siebie samą na widok publiczny, a wszyscy, którzy przyjdą, wejdą w moje życie. Spanikowałam nawet troszkę, ale myślę sobie, że to normalne odczucie.
Ta wystawa, bardzo udany wernisaż - to panią uskrzydliło, czy na razie „osiadła pani na laurach?"
Oj, dziękuję bardzo. Efekt przerósł, nie tylko mnie, ale i chyba moich najbliższych. Ciągle jestem mile zaskoczona.
Ta wystawa spełniła pani marzenia, oczekiwania?
Na pewno. Dla mnie wernisaż i cała wystawa miały spełnić moje najskrytsze i największe marzenie i spełniły. Niezależnie od tego, czy ma się 20 czy 40 lat i bez względu na krytyczne i konstruktywne uwagi, nie można się poddawać i trzeba starać się realizować swoje marzenia i zamierzenia. Nie jest łatwo, ale jeśli jest to prawdziwa pasja, można pokonać wszelkie przeszkody. Szczerze mówiąc, nie spodziewałam się tak ciepłej atmosfery. W pełni świadoma mogę sobie powiedzieć, że odniosłam mój mały sukces i oczywiście życzyć sobie dalszych takich uniesień.
Do kiedy można oglądać pani prace w bibliotece?
Do świąt Bożego Narodzenia. Zapraszam również na moją stronę internetową www.art.decoart.pl.