Ekipa prowadzona przez Damiana Kaminskiego szczęśliwie zdobyła Elbrus. Nie było jednak łatwo. Góra pokazała swoje groźne oblicze...
- Próbę ataku podjęliśmy z piątku na sobotę w nocy. Wyszliśmy ze schroniska Priut położonego na wysokości 4.200 m n.p.m. Niestety, kiedy byliśmy na wysokości 5.300 m pogoda się załamała. Wiało 50 km/h przy -15 stopniach, poza tym była burza i śnieżyca. Jedyna kobieta w ekipie zasłabła, kolejny zrezygnował i musiałem ich asekurować i sprowadzić na bezpieczną wysokość 4.800 m, gdzie mógł przyjechać po nich skuter śnieżny - opowiada Damian Kaminski. - Pozostałe dwie osoby uparły się na zdobycie szczytu i musiałem po nich wrócić zanim pogoda całkiem się załamie. Weszli na szczyt, ale kłopoty zaczęły się przy zejściu.
Na szczęście przy użyciu lin do asekuracji całą trójka zdążyła zjeść przed sporą burzą. - Po regeneracji sił w hotelu razem z dwiema osobami, które nie zdobyły szczytu, powtórzyliśmy atak z niedzieli na poniedziałek, przy pięknej pogodzie i pełnym sukcesem. Wszyscy z wyprawy osiągnęli cel i weszli na szczyt - mówi kierownik wyprawy Damian Kaminski.
Była to pierwsza wyprawa, jaką Damian Kaminski zorganizował dla chętnych do wejścia na najwyższy szczyt Kaukazu. - 5.640m. Trzy osoby z ekipy mieszkają na stałe w Wielkiej Brytanii, jedna to mieszkanka Jarocina. Zebrali się głównie przez Facebooka.
Damian Kaminski był już Elbrusie - najwyższym szczycie Kaukazu, na który wszedł razem ze swoją żoną Mają. W tym roku zdobyli razem także Aconcaguę, najwyższy szczyt obu Ameryk.
(r)