Trener, koszykarz, wychowanek poznańskiego AZS, reprezentant wrocławskiego Śląska, olimpijczyk z Meksyku (1968) i Monachium (1972). Urodził się 9 maja 1946 w Środzie Wielkopolskiej, jest synem Gerwazego i Teresy Jadwigi Górnej, absolwent WSWF we Wrocławiu. O kim mowa? O Grzegorzu Korczu.
Kilka dni temu, kiedy otwierano Aleję Średzkich Olimpijczyków, nie mógł być obecny w Środzie. Ale zanim aleję otwarto, spotkał się ze Zbigniewem Cichowlasem, pomysłodawcą alei oraz Zbigniewem Królem z „Gazety Średzkiej”, aby powspominać olimpijskie czasy.
Grzegorz Korcz ­ koszykarz (194 cm, 89 kg), reprezentant AZS Poznań, Śląska Wrocław i Legii Warszawa (kariera sportowa od 1964), podopieczny trenerów: Stanisława Szafarkiewicza i Ryszarda Stasika (klub) oraz Witolda Zagórskiego i Stefana Majera (kadra).
Grał także we Francji w Chalon­sur­Saône. Później przez wiele lat był we Francji trenerem.
Poza igrzyskami: czterokrotny uczestnik mistrzostw Europy (1967, 1969, 1971, 1973), brązowy medalista mistrzostw Europy (1967), mistrz Polski (1970), brązowy medalista mistrzostw Polski (1971), dwukrotny finalista Pucharu Polski (1971, 1972), reprezentował barwy gwiazd Europy w spotkaniu przeciw reprezentacji Włoch, na Festiwalu FIBA w 1971 roku.
Skrzydłowy, technicznie dobrze wyszkolony, wszechstronny, bardzo skuteczny w obronie. Szybki z dobrym rzutem. W drużynie narodowej (1967 ­ 1973) rozegrał 196 spotkań zdobywając 1473 pkt. Po zakończeniu kariery sportowej w kraju grał we Francji. Mistrz Sportu, odznaczony dwukrotnie Brązowym Medalem za Wybitne Osiągnięcia Sportowe. Przez wiele lat mieszkał we Francji. Wrócił do Polski. Mieszka w powiecie poznańskim.  
1968 Meksyk: członek drużyny koszykówki, która po zwycięstwach nad Koreą Płd. 77:67, Kubą 78:75, Marokiem 85:48, Bułgarią 69:67 i porażkach z ZSRR 50:91, Brazylią 51:88 i Meksykiem 63:68 zajęła 4 m. w grupie eliminacyjnej. W walce o 6­8 m. Polacy pokonali Włochy 66:52, a w pojedynku o 5­6 m. przegrali z Meksykiem 65:75, zajmując 6 m. w turnieju. 1972 1974 Monachium: członek drużyny koszykówki, która w grupie elim. wygrała z Filipinami 90:75 i Senegalem 95:59 oraz przegrała z Jugosławią 64:85, ZSRR 64:94, Włochami 59:71, RFN 65:67 i Puerto Rico 83:85, zajmując 6 m. w grupie; w spotkaniu o 9­12 m. pokonała Hiszpanię 87:76; w meczu o 9­10 m. przegrała z Australią 83:91, zajmując 10 m. w turnieju.  
Zbigniew Król ­ Dwa razy na igrzyskach olimpijskich... Jak pan wspomina te wyjazdy?
Grzegorz Korcz ­ To była wielka przygoda. W tamtych czasach nikt nie wyjeżdżał za granicę, więc sport uprawiało się między innymi po to, aby podróżować. To był wielki przywilej. Te wyjazdy poszerzały nam horyzonty, motywowały.  
Najpierw były igrzyska w Meksyku...
Nie awansowaliśmy tam bezpośrednio. Musieliśmy pojechać do Monterey na turniej kwalifikacyjny przed samą olimpiadą. Awans zapewniliśmy sobie my oraz Hiszpanie. Potem musieliśmy poczekać na same zawody. A dlatego, że nikt nie zakładał, że się dostaniemy na igrzyska i nie zarezerwował biletów, już po zawodach przez dwa tygodnie jeździliśmy po Meksyku i zwiedzaliśmy. To było niesamowite. Same igrzyska zakończyliśmy na szóstym miejscu. To był świetny wynik. Tym bardziej, jeśli weźmiemy pod uwagę, że byliśmy bardzo niską drużyną z porównaniu z innymi. Być może na nasz wzrost miała wpływ bieda powojenna.  
Później była olimpiada w Monachium...
...w cieniu zamachu terrorystycznego na ekipę izraelską. Długo nie wiedzieliśmy, co będzie dalej. Nie było pewności, że igrzyska zostaną dokończone. To było trudne przeżycie. Do Monachium też walczyliśmy w ostatnim turnieju kwalifikacyjnym. Niestety, podczas samych zawodów olimpijskich „spaliliśmy się”, choć byliśmy świetnie przygotowani. Nastąpiła jakaś dekoncentracja.
Jak się zaczęła przygoda w koszykówką?  
Ta cała moja kariera, to była wielka pomyłka. Ja do 17. roku życia w ogóle w koszykówkę nie grałem, no chyba, że na klepisku przy średzkim liceum. Graliśmy przede wszystkim w piłkę nożną i ręczną. Nic innego nie robiłem. Trochę uprawiałem w Orkanie lekką atletykę. Dopiero, kiedy znalazłem się na studiach zwrócił na mnie uwagę trener, który stwierdził, że jestem wysoki, więc pogram w koszykówkę. Stamtąd trafiłem do AZS­u. Na początku bardzo mi to nie pasowało. Nie chciało mi się chodzić na treningi, bo kolidowało mi to z zajęciami towarzyskimi. Długo nie mogłem się wciągnąć w te treningi. Chyba z dwa ­ trzy miesiące.
Ale trener wykonał świetną robotę psychologiczną. Otóż dwukrotnie zabrał mnie na mecze ligowe pierwszej drużyny jako trzynastego zawodnika, czyli nieuprawnionego do gry. Ja o tym nie wiedziałem. Siedziałem na ławce gotowy do wyjścia (śmiech). Poczułem atmosferę. To jednak pozwoliło mi nabrać ochoty do gry. Zacząłem trenować dwa razy dziennie. Dwa lata później grałem już w reprezentacji Polski. W 1967 roku zagrałem na mistrzostwach Europy.  
Co panu dał sport?
Sport dał mi niesamowicie dużo. Otworzył mi horyzonty myślowe. Mogłem wyjeżdżać, przyglądać się innym narodom, ich zwyczajom. Sport nauczył mnie przegrywać, choć nadal tego nie lubię. Ale to bardzo ważna umiejętność w życiu.