Wśród wędkarzy niewiele jest kobiet. O kobiecym spojrzeniu na wędkowanie i czy można zmienić o nim zdanie, na lepsze, opowiada średzka pisarka Justyna Typańska. Ona wędkowanie pokochała


Czy kobiety lubią wędkować?

Zadałam to pytanie pięciu koleżankom, ale każda z nich odpowiedziała - kategorycznie nie! Jak można siedzieć i wpatrywać się w spławik, gdy obok krążą krwiożercze komary lub muszki, które za wszelką cenę próbują nam się dostać do oczu, uszu, a nawet do nosa. W krzakach lub trawach siedzą różnego rodzaju przerażające stwory: robaki, pająki, jaszczurki, zaskrońce i inne „krwiożercze potwory". W konsekwencji wystraszone, pokąsane przez te bestie oraz poirytowane do granic uciekamy do namiotów. Za to nasi panowie są w siódmym niebie, mogą siedzieć nad brzegiem wody godzinami, choć wpatrywanie się w spławik czasem wcale nie przynosi efektu, bo ryba akurat nie ma ochoty „wziąć".


Pani postanowiła sama przekonać się, na czym to wszystko polega...

Często słyszałam słowa mojego męża: „Kochanie, jadę na ryby!". Zamiast odpocząć po całym tygodniu pracy, pospać dłużej w niedzielę, on zrywa się o piątej rano i jedzie. Gdy zapytałam go, po co, usłyszałam krótką odpowiedź: tam odpoczywam. Postanowiłam to sprawdzić, a mój mąż nie ukrywał zdziwienia, gdy usłyszał, że jadę z nim.
Pojechaliśmy w piątek po pracy. Było ciepłe i słoneczne lipcowe popołudnie. Wzięliśmy namiot, śpiwory, ubrania na zmianę, polową kuchenkę, gazową prowiant i sprzęt wędkarski. Ruszyliśmy nad jeden z dołów przy Warcie położony w Solcu Wielkopolskim. Miejsce przepiękne, położone przy zjeździe z wału przeciwpowodziowego, otoczone łąkami w pobliżu przepięknego mostu kolejowego z XIX wieku, co sprawia że jest ono jeszcze bardziej malownicze. Dodatkową atrakcję stanowią jadące pociągi, wtedy jest trochę głośno, a w nocy można się nieźle przestraszyć. Przekonałam się o tym na własnej skórze nie raz.


Była pani tylko obserwatorem?
Dostałam krzesełko wędkarskie, małą wędkę koloru czerwonego, zakończoną spławikiem i maleńkim złotym haczykiem oraz podpórkę do wędki. Mąż zapytał, czy chcę łowić na robaki czy na kukurydzę. Wybrałam kukurydzę, widok wijącego się robaka budził we mnie strach i obrzydzenie.
Mój nauczyciel nabrał wody do wiaderka, w którym miał specjalną podkarmę na ryby karpiowate, wymieszał i zrobił z tej masy kulki wielkości mojej pięści. Podał mi jedną mówiąc, że mam rzucić w miejsce gdzie, mam zamiar łowić. Wykonałam polecenie, założyłam ziarenko kukurydzy na haczyk i zaczęło się szkolenie. Niby proste, ale trudne, musiałam czynności powtarzać kilka razy.
Mój mąż z rozbawioną miną przyglądał się ukradkiem moim wyczynom i tylko czekał, aż się zdenerwuję i rzucę sprzęt na ziemię. Nie dałam mu tej satysfakcji. Gdy w końcu mi się udało, usiadłam na krzesełku i czekałam, co będzie się działo.


Długo czekaliście na pierwsze branie?
Minęło może czterdzieści minut, zanim ryby raczyły „podejść". Jedna lekko zaczęła skubać kukurydzę na moim haczyku. „Popatrz bierze, teraz poczekaj i jak tylko wciągnie spławik pod wodę i zacznie „jechać" to zacinaj" - szeptał mąż z przejęciem. „Co mam zrobić?" - pytałam równie podekscytowana. „Ciągnij" - odpowiedział i szarpnął moją wędkę. W ten oto sposób, z pomocą męża złowiłam swoją pierwszą rybę - płotkę. Nie była jakaś wielka, ale moja i byłam z siebie naprawdę dumna.
Dotarło do mnie, że wędkarstwo może sprawiać naprawdę frajdę. Fakt, trzeba mieć do tego cierpliwość i nie zawsze zostaje ona wynagrodzona, a że z natury jestem cierpliwa, więc takie wyczekiwanie nie sprawiało mi trudności. Złowiłam własnoręcznie jeszcze jedną płotkę, za to mąż aż pięć i to całkiem sporych. Już nie patrzył na mnie z głupkowatym uśmiechem, raczej z niewielkim uznaniem, bo wytrzymałam siedząc z nim tutaj całe popołudnie.
Zaczęło się ściemniać. Rozpaliliśmy małe ognisko i smażyliśmy kiełbaski. Siedzieliśmy wsłuchując się w odgłosy wieczoru. Kumkanie żab, cykanie świerszczy, szmery w trawach tworzyły niepowtarzalny klimat tego miejsca.
Było jeszcze szaro, gdy mąż zaczął mnie szarpać za rękaw szepcąc: „Wstawaj, coś ci pokażę". Pozwoliłam się wyciągnąć z namiotu i zamarłam. Przed sobą miałam wschód słońca - przepiękne żółto- pomarańczowe kolory nieba, a nad wodą i otaczającymi nas łąkami unosiła się mgła. Szum wody, świergot budzących się do życia ptaków, rechot żab, wszystkie dźwięki budzącego się dnia dopełniły magii tej chwili. Od tamtego ranka pokochałam to miejsce, pokochałam wędkowanie i wszystko, co się z tym wiąże.


A pani wrażenia z „nocnego łowienia"?
Drugą noc spędziliśmy na łowieniu, na tak zwanego świetlika. To dopiero była noc. Dostałam czapkę z daszkiem, nie taką zwyczajną, w daszku była umieszczona latarka. Dostałam również świetlik, fosforyzujący patyczek, który należało przyczepić do spławika i w ten sposób mogłam obserwować miejsce, w którym się znajdował. Noc była gorąca, a komary dawały nam do wiwatu. Ryby omijały nasze haczyki, mimo wszystko cudownie było posiedzieć nocą nad brzegiem jeziorka.
Niedziela przywitała nas burzą. Wędkarze mówią, że po burzy ryby lepiej biorą szczególnie drapieżniki. Mój małżonek nie mógł przepuścić takiej okazji i wybrał się na szczupaka. Wędka musi być zupełnie inna, zakończoną gumową rybką lub woblerem - plastikową rybką. Chodził brzegiem i zarzucał wędkę i powoli skręcał i znowu zarzucał i znowu skręcał, aż w pewnym momencie coś „uderzyło". Szczupak był duży, mąż mocował się z nim dość długo, bo ryba za wszelką cenę próbowała uciec w nenufary, a wtedy już na pewno nie miałby ani ryby, ani woblera. - „Piękny" - powiedziałam, kiedy w końcu go wydostał z wody. „Taki średniak, może mieć siedemdziesiąt centymetrów" - odpowiedział. Ponieważ zbliżała się kolejna burza, szybko złożyliśmy obóz i skierowaliśmy się w stronę domu.


Jeździ pani dalej z mężem?
Takich weekendów było już sporo, teraz dołączył do nas synek, choć nie ma jeszcze cierpliwości, aby siedzieć i wpatrywać się w spławik, to taki wypad po namiot sprawia mu sporo frajdy, zwłaszcza rzucanie patyków i kamyków do wody. Za co jest strofowany przez ojca.
W tym roku, niestety, z powodu sytuacji związanej z wirusem, może być problem z wyjazdami na ryby. Mam nadzieję, że nadejdzie ten bezpieczny czas i znowu będziemy mogli cieszyć się swobodą obcowania ze sobą i przyrodą.


Co powie dziś pani koleżankom?

Nie kręćmy nosami, gdy nasi mężczyźni chcą nas zabrać na ryby. Bliski kontakt z przyrodą, cisza, spokój pozwolą nam odetchnąć i naładować akumulatory na kolejny ciężki tydzień. Ja pokochałam wędkowanie.
Rozmawiała Anna Dydymska


Justyna Typańska - rocznik 1985. Autorka książki „Zaczynam od listu kochanie". Żona, Mama sześcioletniego synka, uwielbia czytać, pisać, kocha sowy, jaskółki i jastrzębie, uwielbia wodę, las oraz zwiedzanie pałaców oraz dworków.