W Romanowie, w gminie Środa, jeden z gospodarzy zaorał drogę prowadzącą m.in. do jego sąsiadów. O drogę od wielu lat toczy się spór, bo choć jest ona "od zawsze" i znajduje się na dostępnych mapach, to w księgach wieczystych wpisana jest na terenie działki mieszkańca, który ją zaorał
Do zaorania drogi doszło w piątek. - Tak, zrobiłem to. To jest mój grunt i nigdy nie był drogą publiczną w rozumieniu prawa, co potwierdziły wcześniej sądy i wojewoda. To mój teren. W latach 70., w czasach PRL, gmina wpisała grunt jako użytek drogowy, ale zrobiła to bezprawnie i nie zgodził się na to mój ojciec. Wszystko jest w dokumentach - mówi właściciel pola, na którym jest droga.
Dlaczego teraz zdecydował się zaorać pas drogowy? - Gdyby sąsiad był inny i nie działał ciągle na moją szkodę, pozwoliłbym mu dalej jeździć tą drogą. Ale miarka się przebrała - mówi mieszkaniec Romanowa. Nie jest tajemnicą, że od lat sąsiedzi są w konflikcie, który przybiera na sile.
Zaoranie drogi dojazdowej do posesji w Romanowie sprawiło, że sąsiedzi właściciela pola, starsze małżeństwo, zostali pozbawieni dojazdu do domu. Ich posesja znajduje się bowiem kilkaset metrów od drogi powiatowej. - Gdyby musiała do nich nagle dojechać karetka pogotowia byłby ogromny problem, bo dojazdu faktycznie nie ma. Ale już teraz sytuacja wygląda fatalnie - mówi jeden z mieszkańców Romanowa.
Droga od lat jest przedmiotem sporu między sąsiadami. W ewidencji gruntów nie figuruje ona jako użytek rolny, ale właśnie jako użytek drogowy. Jednak, jak nam tłumaczy Dominik Maruk, geodeta powiatowy, taki zapis nie ma nic wspólnego z prawem własności, natomiast grunt do ewidencji wpisuje się zgodnie z jego aktualnym użytkowaniem. To zaś, że jest, a w zasadzie była tam droga, jest jasne.
W Urzędzie Miejskim w Środzie dowiedzieliśmy się, że przez wiele lat gmina drogę równała, naprawiała, starała się doprowadzać do jej przejezdności podczas zim. Ale z naszych informacji wynika, że tak naprawdę o drogę dbali zwaśnieni sąsiedzi.
Droga prawdopodobnie istniała już pod koniec XIX wieku. Choć formalnie nigdy nie stała się drogą publiczną, mogła być efektem sąsiedzkiego porozumienia. A fakt, że powstało przy niej gospodarstwo i dom mieszkalny może dowodzić, że droga miała charakter publiczny, bo inaczej nikt nie wydałby zgody na budowę domu bez dojazdu. Chyba, że wcześniej droga biegła w innym miejscu...
- Była droga gminna z drugiej strony gospodarstwa sąsiadów, ale dzisiaj jest urwana, bo ileś lat temu gmina sprzedała grunt, na którym była część tej drogi i została ona zaorana. Niech gmina teraz wykupi ten fragment, aby zrobić dojazd sąsiadom - mówi właściciel pola, na którym jest zaorana droga.
Z naszych informacji wynika, że w latach 70. ktoś się dopatrzył, że co prawda droga istnieje, ale z dokumentów wynika, że nie jest własnością Skarbu Państwa. Powstał wówczas protokół rozgraniczenia, ale właściciel działki ostatecznie protokołu nie podpisał.
Już w obecnym wieku gmina starała się doprowadzić do uwłaszczenia drogi. Urząd Miejski przygotował dokumentację i wysłał wniosek do wojewody. Ale ten nie zgodził się. Były propozycje wykupu pasa drogi przez gminę, ale na to nie godziła się rodzina obecnie odciętych mieszkańców uważając, że sąsiadowi nic się nie należy. Był też wniosek do sądu o zasiedzenie pasa drogowego. Znów sprawa spaliła na panewce.
Z naszych informacji wynika, że w piątek do sądu zostanie złożony wniosek o ustanowienie służebności drogi koniecznej. Zdaniem służb prawnych powiatu, nie może bowiem być sytuacji, w której do posesji nie ma dojazdu. To oczywiście niczego nie zmieni w kwestii własności gruntu.
(kóz)